NAJNOWSZE WIEŚCI
 


Śladami Hirama Binghama 03.07.2005

Luty 1909 roku. Chyba najgorsza pora do wędrówki w Andach - w samym środku pory deszczowej, kiedy góry spowija nieustępująca mgła, a wilgoć i ciągłe przemoczenie dotkliwie daje się we znaki przy każdym kolejnym kroku. Hiram Bingham, amerykański doktor historii przemierza niedostępne i dzikie wówczas zbocza doliny Apurimacu podążając do Choquekirau, które na początku XX wieku było słabo znane, ale które podejrzewano o to, że może kryć pozostałości ostatniej stolicy Inków.

"W miarę wspinania się widok na dolinę stawał się coraz wspanialszy. Nigdzie i nigdy nie widziałem na własne oczy takiego piękna i majestatu, jaki tu się odsłaniał. Biała struga Apurimacu pieniła się w wąwozie tysiące stóp poniżej. Tam gdzie brzegi nie były w całości urwiste lub gdzie zostały uszkodzone przez niedawne osuwiska, strome zbocza pokrywało zielone listowie i wspaniałe kwiaty. Ze szczytów wzniesień koło nas na sześć tysięcy stóp w górę, ku lodowcom i wierzchołkom pokrytym śniegiem wyrastały dalsze zbocza. W oddali, jak wzrokiem sięgnąć labirynt wzgórz, dolin, tropikalnych dżungli i śnieżnych szczytów przykuwał wyobraźnię tak mocno jak pod wpływem czarów. Była to nasza nagroda, gdy osiągnęliśmy najwyższy punkt małej ścieżki i leżeliśmy bez tchu na jej skraju."
- Hiram Bingham "Zaginione miasto Inków"

Archeologia wcale nie była konikiem Binghama, do Ameryki Południowej przyjechał on po raz pierwszy przygotowując się do serii wykładów o Simonie Bolivarze, natomiast na podróż do Choquekirau namówił go J.J. Nunez - prefekt peruwiańskiej dzielnicy Apurimac, który liczył, że doktor pomoże odnaleźć w ruinach królewski skarb ostatnich Inków. Wyobraźnię prefekta rozgrzewała sama nazwa miejsca - Choquekirau znaczy w języku keczua "Złota Kołyska". Bingham walczy z chłodem, z wysokością, z niechęcią tragarzy do przekraczania wąskich i niepewnych mostów linowych przerzucanych nad wartkim nurtem Apurimacu. Droga pnie się przed nim wysoko w górę na 3300 m.n.p.m. i chociaż żadnego złota i kosztowności historyk w Choquekirau nie odkryje, to jednak znajdzie tam inny skarb, fascynację, która nie opuści go przez kolejne lata, odmieni jego życie i przyniesie międzynarodową sławę. Już za dwa lata Bingham postawi stopę na zboczu Machu Picchu i oczarowany, przywróci ten zabytek współczesnej archeologii.

Decydując się na odwiedzenie Choquekirau oraz na przedarcie się przez Andy do Machu Picchu mieliśmy możliwość zobaczyć te same niezwykłe miejsca, które tak zafascynowały amerykańskiego uczonego, a po nim następne pokolenia archeologów, historyków i podróżników. Z przepięknych ruin Choquekirau, położonych z dala od przetartych, turystycznych szlaków i zapchanej turystami Świętej Doliny mieliśmy się teraz przebić w region Machu Picchu. Czekały nas teraz cztery dni wytrwałej wędrówki wzdłuż inkaskich akweduktów i opuszczonych kopalni srebra, wąskimi górskimi półkami, przez wysoką przełęcz Yanama do doliny Santa Teresa i dalej górskimi stokami, aż do Urubamby, gdzie mogliśmy zajść Machu Picchu od podnóża, od strony hydroelektrowni zasilanej przez wartkie wody rzeki.

Już w dniu, kiedy opuściliśmy Choquekirau poznaliśmy na własnej skórze smak andyjskiej wędrówki. Do przepięknej doliny Rio Blanco schodziliśmy pół dnia - najpierw w tropikalnej dżungli,wciąż mijając akwedukty Inków, później w gęstych i wysokich trawach. Już tam pojawiły się pierwsze moskity i inne uciążliwe insekty, ale ich prawdziwy koncert użądleń zaliczyliśmy nad rzeką w samej dolinie. Nic dziwnego, że zaraz po szybkim przemyciu się i wzmacniającym obiedzie, jak najszybciej wyruszyliśmy w dalszą drogę, do położonej mniej więcej w połowie góry Maizal niesamowicie widowiskowej polany, na której mieliśmy przenocować. Miejsce to osiągnęliśmy tuż przed zmrokiem, padając ze zmęczenia i błogosławiąc w duchu, że to koniec wspinaczki na dziś.

Kolejny dzień nie okazał się łatwiejszy. Wkraczając znowu w region porośnięty lasem deszczowym przedzieraliśmy się do przełęczy Yanama (4 500 m. n.p.m.), za którą czekało na nas przepiękne zbocze porośnięte tak wieloma rodzajami krzewów i roślin, że przypominało porzucony w górach ogród, cudem wyrosły na skale. Na obrzeżach tego ogrodu czerniały liczne wejścia do kopalni niegdyś obfitego w tych okolicach srebra. Dziś, po latach eksploatacji srebra zostało już niewiele, a koszt jego wydobycia i przetransportowania na niziny przekracza wartość pozostałego kruszcu. Do kopalni można spokojnie wchodzić, warto tylko uważnie znaczyć korytarze, gdyż ilość rozgałęzień szybko rośnie w miarę schodzenia wgłąb. Droga w dolinie jak zwykle niesamowicie się nam dłużyła, a jakby tego było mało tuż pod koniec naszej wędrówki złapał nas deszcz. Andy nie odpuszczają trudu intruzom.

O poranku nie mieliśmy najlepszych nastrojów. To już nasz piąty dzień w górach, zmęczenie odkłada się z dnia na dzień i daje się we znaki. A tego dnia czekało nas podejście na najwyższy punkt całego trekingu - na przełęcz położoną na wysokości 4668 m.n.p.m. między dwoma szczytami Mt. Sacsarayoj i Mt. Padreyoj. Liście koki i niesamowite widoki na obydwa lodowce oraz malowniczą dolinę rozpościerającą się między nimi dodawały nam sił w jednostajnej wędrówce. Coraz częściej zapędy fotograficzne stawały się doskonałym pretekstem do choćby krótkiego odpoczynku, coraz częściej irytował nas wciąż powtarzający się okrzyk "hakuchis" naszego przewodnika, co w języku keczua oznacza "idziemy". Po osiągnięciu przełęczy byliśmy wyczerpani, ale naprawdę szczęśliwi. Nie po raz pierwszy i nie ostatni dziękowaliśmy w duchu firmom, które zaopatrzyły nas w ubrania niwelujące różnice temperatur między dolinami i szczytami.

Szósty dzień był w porównaniu z poprzednimi łagodnym spacerkiem. Coraz częściej spotykaliśmy inne grupy turystów, które okrężnymi szlakami zmierzały do Machu Picchu. Dopiero teraz mogliśmy w pełni docenić naszą wcześniejszą wędrówkę przez pustkowia. Od tej pory miała nam towarzyszyć spora ilość wędrowców z najróżniejszych krajów. Miło czasem z kimś porozmawiać, ale aura niedostępnych górskich zboczy usianych prekolumbijskimi ruinami w tłumie pryska niepowtarzalnie.

Na ostatnim odcinku wędrówki udało nam się załapać na ciężarówkę wiozącą miejscowych i turystów do niewielkiej i sennej mieściny, jaką jest Santa Teresa. Po wstrząsającej całym ciałem jeździe wąską, piaszczystą drogą wijącą się na skraju przepaści i nocy spędzonej razem z karaluchami w podrzędnym hoteliku w Santa Teresie, wyszliśmy na ostatni dzień wędrówki. Następny dzień był juz zarezerwowany w całości na zwiedzanie Machu Picchu.

"Cierpliwie postępowaliśmy za małym przewodnikiem po jednym z najszerszych tarasów, którym biegł niegdyś kanał, i kierowaliśmy się ku nie tkniętym zaroślom w tle. Nagle znalazłem się twarzą w twarz ze ścianami zrujnowanych domów, zbudowanych w najlepszym stylu inkaskiej kamieniarki. Trudno było je dojrzeć, gdyż częściowo pokryte były narastającymi przez stulecia drzewami i mchami. W głębokim cieniu, ukryte w bambusowym gąszczu i plątaninie pnączy, ukazywały się tu i ówdzie mury z białych granitowych ciosów, starannie wyciętych i znakomicie do siebie dopasowanych. Wprost zaparło mi dech. Czym mogło być to miejsce? Dlaczego nikt nie miał o nim pojęcia?"
- Hiram Bingham "Zaginione miasto Inków".

Napisałem wcześniej, że Machu Picchu jest zatłoczonym miejscem, masowo sprzedawanym turystom jako archeologiczna sensacja i obowiązkowy punkt podróży do Ameryki Południowej. To prawda. Niejednokrotnie do szału doprowadzała nas kolejna próba wyciągnięcia nam z kieszeni pieniędzy. Zawyżone ceny biletów kolejowych, dodatkowy koszt autobusu zawożącego na szczyt, opłata za zwiedzanie - wszystko to oczywiście liczone w dolarach amerykańskich. Miasteczko Aguas Calientes leżące u stóp Machu Picchu to rozciągający się wzdłuż torów kolejowych istny jarmark pamiątek rodem z cepelii, usiany restauracjami dworzec odjazdów i przyjazdów. W tutejszych hotelach codziennie melduje się jakieś 2000 turystów z całego świata. Rzadko zostają dłużej niż dwie noce.

A jednak cały ten gwar, cały zgiełk i cyrk ustępuje na wysokości 2400 m.n.p.m. gdzie przed odwiedzającym rozpościera się spektakularny widok na ruiny Machu Picchu. To co się widzi, albo raczej w czym się uczestniczy w tym miejscu trudno oddać na fotografiach, gdyż miasto zdaje się być wkomponowane w cały otaczający je krajobraz. Jakby było wybudowane w centrum świata, w miejscu ułożonym z precyzyjnie dobranych elementów krajobrazu ręką boskiego architekta. Na horyzoncie roztacza się łańcuch gór niemal szczelnie zamykający przestrzeń. Ponad nim błyszczą lodowe granie andyjskich szczytów, natomiast poniżej, jakieś kilka setek metrów w dół, u stóp Huayna Picchu wije się po okręgu wstęga Urubamby. Sanktuarium Inków zbudowane na garbie Machu Picchu zdaje się być tak idealnie wtopione w ten niesamowity krajobraz, że zdaje się być dziełem natury, a nie rąk ludzkich. Mistyka tego miejsca, jest porażająca i udziela się setkom zatrzymujących się w podziwie turystów.

Salman Rushdie napisał kiedyś o mauzoleum Taj Mahal, że trzeba je zobaczyć, aby pamiętać, że świat jest realny, że dźwięk jest prawdziwszy niż echo, a oryginał silniejszy niż jego odbicie w lustrze. Piękno rzeczy pięknych jest wciąż namacalne, nawet w naszych czasach pełnych obrazów, imitacji i wielokrotnie powielanych kopii. To samo dotyczy Machu Picchu. Chociaż widziało się je na zdjęciach tysiące razy, chociaż oglądało się kręcone tu filmy i czytało opisy zachwyconych podróżników, to jednak stojąc w obliczu tych ruin zamierzchłej cywilizacji doznaje się niepowtarzalnego, magicznego i na swój sposób bardzo osobistego uczucia. Spotkanie z Machu Picchu jest jak dotknięcie przeszłości, jak doświadczenie sacrum. Każdy przeżywa je inaczej.

Następnego dnia wracaliśmy pociągiem z Aguas Calientes do Ollanytaytambo i dalej do Cuzco. Przyklejony do okna obserwowałem uciekające w dal górskie zbocza i przeciętą kolejowymi torami dolinę. To swoją drogą ciekawe, że kiedy Bingham wyruszył w swą pierwszą podróż do andyjskich ruin, prawie 4 wieki po konkwiście i ostatecznym upadku państwa Inków, motywacja która pchnęła go w te niedostępne rejony, miała to samo podłoże co ta, która przywiodła tu hiszpańskich konkwistadorów i przyniosła mieszkańcom Tawantinsuyu zagładę. Osoby, które go na tę wyprawę namówiły wciąż śniły o inkaskim złocie, o skarbie ukrytym przed najeźdźcami. I chociaż sam Bingham zapewne nie miał złudzeń co do możliwości odnalezienia jakiegoś skarbu, to przecież w jego pragnieniu dotarcia do Ostatniej Stolicy Inków odbijało się to samo pragnienie odkrycia El Dorado. Był jednym z tych nielicznych szczęśliwców, którym ten sen wyśnił się na jawie. Kiedy w 1911 roku dotarł na Machu Picchu, mijsce to w swej spektakularnej malowniczości tak bardzo odpowiadało jego oczekiwaniom, że badacz nie miał wątpliwości - to musiała być ostatnia stolica Inków. Dopiero 54 lata później Gene Savoy zweryfikował tą opinię i umiejscowił Vilcabambę w Espiritu Pampa, jeszcze dalej na zachód od Machu Picchu.

A co było naszym El Dorado? Czemu przez cały tydzień byliśmy gotowi na uciążliwą wspinaczkę w górę i nie mniej męczące wielogodzinne zejścia do dolin? Czemu z dala od cywilizacji, telefonów, ciepłej wody szliśmy tam, gdzie przecież mogliśmy dojechać z Cuzco pociągiem? Dla przepięknych górskich widoków - na pewno. Dla samej satysfakcji wędrowania również. Ale jest coś jeszcze, co uwiodło Binghama i co nadal rozpala wyobraźnię miłośników podróży i historii na całym świecie: "Nade wszystko fascynujące jest znajdowanie tu i ówdzie ukrytych pod kołyszącymi się pnączami lub ulokowanych na szczycie wysuniętej turni surowych, kamiennych konstrukcji minionej rasy. Fascynujące są także próby zrozumienia zadziwiających dziejów starożytnych budowniczych, szukających przed wiekami schronienia w tej krainie, gdzie mogli w spokoju dać wyraz swej pasji wznoszenia murów o nieprzemijającym pięknie."
- Hiram Bingham "Zaginionee miasto Inków".

<< poprzednia wiadomość następna wiadomość >>

<<< powrót do listy relacji

 



Wasze komentarze:

Peru to niew±tpliwie piekny kraj i bardzo chciałabym tam pojechać. Na razie jest to dla mnie marzenie i fascynaja. Niestety nie znam ludzi, którzy podobnie jak ja interesuj± się tym tematem. Na ten temat znam tylko ksi±zki wydane 20 30 lat temu. Je¶li znacie jak±¶ dobra ksi±żkę o Peru, najlepiej o cywilizacjach preinkaskich bardzo bym prosiła o tytuł. Moj e-mail
iwetta
02.01.2006 10:40
Witajcie, Od poczatku Waszej wyprawy gor±co Wam kibicowalam, bo sama wła¶nie wróciłam z Peru. To rzeczywi¶cie fascynuj±cy kraj. Też nie dostali¶my się na Szlak Inków i doszli¶my do Machu Picchu tras± tzw. alternatywn±. Nie żałuję jednak. Wszystko wskazuje na to, że tylko zyskali¶my. Taka jest też opinia osób, które znaja obie trasy. Trekkingi altyernatywne wyrastaj± w Cusco jak grzyby po deszczu i pewnie każdy miesi±c przynosi co¶ nowego. Ponieważ byłam nieco póĄniej od Was, udało nam się wjechać do Boliwii. Był to akurat okres wielodniowej fiesty z okazji ¦więta Niepodległo¶ci, więc o niedawnych zamieszkach nikt nie wspominał. Atmosfera zabawy i rado¶ć, jakby nigdy nic. Pozdrawiam i gratuluję wspaniałej podróży i znakomitej relacji.
Kasia
02.08.2005 18:59
MAGA 17 prosze o jakis namiar na ciebie. We wrzesniu wybieram sie do Peru. Moze sypnelabys jakimis przydatnymi informacjami. Moj mail
asia
29.07.2005 14:48
W poprzednim komentarzu Maga poruszyła problem nazewnictwa peruwiańskich miejscowo¶ci. Otóż kwestia pisowni nazw pochodz±cych z języka keczua nie jest tak prosta jak, się zdaje. Zamieszanie wywołane jest faktem, że język keczua nie wykształcił własnego pisma, a więc co za tym idzie - alfabetu. Nazwy miejscowo¶ci inkaskich zostały więc spisywane przez Hiszpanów fonetycznie, ze słuchu. Popełniali oni przy tym mnóstwo błedów. Ostatnimi czasy zaznaczyła się w Peru tendencja do poprawnego zapisywania słów keczua i st±d pojawiaj± się takie nazwy jak: "Qosqo" zamiast hiszpańskiego "Cusco" czy przyjętego w polszczyĄnie "Cuzco". Przyznaję otwarcie, że wobec wielu nazw stawałem zagubiony, nie wiedz±c, która z transkrypcji została zastosowana. Do dzi¶ nie wiem jak poprawnie pisze się Choquekirau - Hiram Bingham pisze w swym dzienniku nazwę tego miasta jako "Choqquequirau", w innych pozycjach naukowych i w internecie spotyka się "Choqueqirau", a nawet "Choquekiraw". Moja hiszpańskojęzyczna mapa tego rejonu podaje nazwę "Choquekirau" i ja przyj±łem j± własnie w zgodzie z t± map±. Ta sama mapa podaje nazwę "Ollanytaytambo", choć zgodzę się, ze w polszczyĄnie bardziej kojarzone jest ""Ollantaytambo" (ale w zadnym przypadku nie jak podaje Maga "Olaytaytambo"). Natomiast już nigdzie, na pewno nigdzie nie pisze się "Macchu Picchu" tylko "Machu Picchu", co w języku keczua nie znaczy wcale "Wielka Góra" tylko "Stara Góra". Jak widać, nawet w tak krótkim komentarzu trudno jest ustrzec się pomyłek i błedów. Proszę więc o wyrozumiało¶ć dla moich rozwlekłych reportaży, chociażby tre¶ci± i rozmiarami przypominały przepisywany przewodnik. Pozdrawiam serdecznie.
Dominik Tyralski
29.07.2005 09:08
Na pocz±tku maja wróciłam z kilkutygodniowej wyprawy do Peru i Boliwii. Wasze powyższe opisy odpowiadaja prawdzie, aczkolwiek wygl±daja jak przepisywany przewodnik i zawieraj± błędy np. w nazwach - Olaytaytambo i Wayna Picchu - tzn. Młoda Góra w przeciwieństwie do Macchu Picchu co oznacza Wielk± Górę. Brakuje mi opisów - przede wszystkim Macchu Picchu, piszecie zdawkowo, jakby¶cie tam nie byli... A po drodze do M.P. s± jeszcze fascynuj±ce tarasy Wyni Wayna tzn. Wiecznie Młody), Intipuncu... Jeżeli kto¶ chce naprawde przej¶c Peru i Boliwię nie tylko z turystami z Japonii, Izralea i Europy to niech się skontaktuje z prywatnym przewodnikiem naszej 5 osobowej grupy, pół Polakiem pół Boliwijczykiem, Aldo Vargasem. Jego e-mail to: . Nazca, Colca, Corollco, Pisco, Arequipa, Copacabana... A w Boliwii dodatkowo Tihuanaco, dżungla i pampasy. Co chcecie i co sobie wymarzycie...
Maga 17
26.07.2005 14:01
i to już wszystko ??? czy jeszcze odkrywacie to co odkryte i zdeptane przez miliony ?Nie mineli¶cie p. Nazca przypadkiem a rio Colca??????? jakos się kontakt zerwał z wami !!!!!
tupak amaru
24.07.2005 22:13
Poza tym chętnie bym do Was dołaczył w następnej wyprawie:))) I wcele tu nie żartuje- też uwielbiam podróżowanie, ale brak mi grupy z któr± mógłbym jeĄdzić. E-mail: Piszcie, plz.
Alexander McKenzie
20.07.2005 21:43
Strasznie Wam zazdroszczę i jednocze¶nie gratuluje wspaniałej wyprawy oraz ciekawej relacji. Cóż- Bingham zostawił w Stanach dziewczyne i to z majętnego rodu. I to wszystko z pasji podróżowania. Życze Wam pdobnej choroby, ale już bez zrywania zwiazków. Powodzenia!
Alexander McKenzie
20.07.2005 21:37
A ja wam strasznie, ale to strrrrasznie zazdroszczę!!! Pozdrawiam i dziękuję za wpaniałe relacje i ¶wietne zdjęcia!
zuza
17.07.2005 21:59
Strasznie tu nudno...juz mi sie odechcialo wchodzic tu i ci±gle patrzeć na tę sam± relację. Grubo naci±gneli¶cie wszystkich!!!Zadnych nowych relacji, nowych zdjeć od ponad 3 tygodni. Jeste¶cie jak obietnice polityczne...nudy. To był ostatni raz kiedy odwiedziłam tę stronę i od dzi¶ nie polecam jej nikomu.
Rozczarowana
16.07.2005 16:35


Twój komentarz:


Twój podpis:

wyślij!>>>













WSPARCIE
EKSPEDYCJI Agencja Interaktywna DynaSoft - Tworzenie witryn internetowych, emarketing, pozycjonowanie w wyszukiwarkach, e-commerce
Hi Mountain
Outhorn
Amazon Trails Peru



SERWISY
PARTNERSKIE Warszawa Po Godzinach: Ranking najlepszych knajp i restauracji w Warszawie




WYPRAWA UCZESTNICY RELACJA GALERIA MAPA NEWSLETTER SPONSORZY LINKI
System Zarządzania Treścią DynaMap