NAJNOWSZE WIEŚCI
 


Miasto we mgle 20.06.2005

Edmund Hillary powiedział ponoć kiedyś, że każdy ma swój własny Mt. Everest do zdobycia. Dla nas już od kilku lat miejscem, w które pragneliśmy dotrzeć, były inkaskie szlaki biegnące w Andach i prowadzące wędrowców z całego śwata do tej archeologicznej mekki turystycznej, jaką w przeciągu kilkunastu ostatnich lat stało się Machu Picchu.

Jednak to, co się dziś dzieje na pięknej tradycyjnej trasie Inka Trail przysparza o ból głowy. 500 ludzi każdego dnia jest wpuszczanych na szlak, drugie tyle, jeśli nie więcej, dojeżdża do Machu Picchu koleją. Ponad tysiąc osób dziennie odwiedza inkaskie sanktuarium. Machu Picchu, choć nadal niebywale piękne, przestało być wywaniem, stało się turystycznym hamburgerem - szybko podaną, łatwo przyswajalną i masową atrakcją, którą trzeba zaliczyć. Na całe szczęście Inkowie - mistrzowie podniebnej sztuki kamieniarskiej, pozostawili po sobie jeszcze kilka zabudowań, których nie zdołała sięgnąć destrukcyjna ręka hiszpańskiej konkwisty.

Jednym z takich miejsc jest leżące na wysokim wzgórzu pomiędzy dolinami Apurimac i Santa Teresy zagubione w lesie deszczowym inkaskie miasto Choquekirau. Choć doniesienia o jego istnieniu docierały do historyków od końca XIX wieku, to jednak dopiero stosunkowo niedawno zostały tu podjęte systematyczne badania archeologiczne. Do dzisiaj odsłonięto jedynie jakieś 5-10% powierzchni tego inkaskiego miasta położonego na wysokości 3033 m. n.p.m. - w tym sanktuarium i świątynie położone na szczycie zbocza oraz magazyny i kilka tarasów uprawnych. Pozostały obaszar nadal porośnięty jest lasem deszczowym.

Aby dotrzeć do Choquekirau należy wybrać się w dwudniową wędrówkę przez góry z pobliskiej malowniczo położonej wioski jaką jest Cachora i zarezerwować kolejny dzień na powrót do Cuzco. Nie ma prostszej drogi, nie dociera tu kolei, nie ma asfaltówki, cały obszar leży na uboczu Świętej Doliny Inków (choć dochodzi tu nitka dawnego inkaskiego szlaku). I pewnie dlatego również nie ma tu zatrzęsienia turystów.

Po wymianie wątpliwości i burzy mózgów zdecydowaliśmy się podjąć rękawicę rzuconą przez los. Skoro wędrówka tradycyjnym szlakiem Inków jest dla nas niedostępna ze wzgledu na wprowadzone ograniczenia ilości turystów (tylko 500 osób dziennie jest na nią wpuszczanych), skoro większość zwiedzających włóczy się po Świętej Dolinie, to my postanowiliśmy zejść z ubitego szlaku i podjąć prawdziwe wyzwanie. Nie tylko wybierzemy się pieszo do Choquekirau, ale przejdziemy stamtąd przez góry, dawnym inkaskim szlakiem do Machu Picchu. Cała wyprawa miała zająć nam osiem dni. Osiem dni wędrówki przez Andy, z wynajetymi końmi, kucharzem i przewodnikiem. Osiem dni biwaków w dziczy, pod namiotami, bez prądu, telefonu i gorącej wody. Osiem dni nieustannej wędrówki w górę bądź w dół. Każdemu jego Mt. Everest!

Cachora jest malowniczo położoną miejscowością, z przepięknym widokiem na ośnieżony szczyt Salkantay (6264 m.n.p.m.). Białe ściany większości domów święcą pieczołowicie wykaligrafowanymi sloganami politycznymi oraz nazwiskami kandydatów do lokalnych samorządów. To spotykana wszędzie w Peru metoda agitacji i prowadzenia kampanii przedwyborczej. Kandydaci wymalowują swoje hasła i symbole swoich partii na domostwach. Stare slogany sprzed kilku lat, zlewają się z aktualnymi i w ten sposób miasta i miasteczka mają historię peruwiańskiej myśli politycznej wymalowaną na murach. Właśnie w Cachorze uzupełniany jest nasz ekwipunek oraz kompletowana ekipa, która ma wyruszyć z nami w góry. Tutaj nasz przewodnik wynajmuje konie i opłaca człowieka, który bedzie się nimi opiekował i jednocześnie czuwał nad naszymi bagażami. I tak towarzyszami naszej ośmiodniowej niedoli stali się: Mauro - licencjonowany przewodnik, skuteczny organizator i wędrowny nauczyciel jezyka keczua; Aquelinio - doskonały kucharz, potrafiący w kompletnej głuszy wyczarować kompletny trzyczęściowy posiłek, najszybciej poruszający się po górach człowiek jakiego spotkaliśmy na szlaku; Froilan - opiekun zwierząt i ekwipunku, osoba potrafiąca po ciemku przeprowadzić konie wraz z naszymi bagazami przez dzikie andyjskie ostępy i wąskie górskie tarasy. Z tymi właśnie ludźmi mieliśmy bardzo zżyć się przez następne dni. Im powierzyliśmy nasze zdrowie i powodzenie całej wyprawy. Wreszcie, nie zupełnie wolni od obaw, wyruszamy w trasę.

Pierwszy odcinek jest dosć prosty i bardzo malowniczy. Szlak wznosi się wzdłuż doliny, prowadząc nas długo i powoli coraz wyżej, ku pierwszej przełęczy. Nad nami czuwa bez przerwy majestatyczna czapa lodowa Salkantay. Właśnie w cieniu tej góry, na przepięknie położonym zboczu spożywamy pierwszy posiłek. Nad doskonale z tego punktu widocznymi okolicznymi wzniesieniami pojawiają się dwa dostojnie szybujące ptaki. To pierwsze kondory jakie widzimy w Andach. Teraz nie mamy już wątpliwości, że wkroczyliśmy do dawnego królestwa Inków.

Drugiego dnia kontynuujemy naszą wspinaczkę do inkaskiego miasta. Aby móc spędzić w nim kilka godzin przed zmierzchem, musimy wyruszyć w drogę jak najwcześniej - tuż po świcie. Zwijamy nasze obozowisko w dolnie i przekraczamy rzekę Apurimac. Od tej pory będziemy piąć się stromo pod górę, aby dotrzeć na wysokość 3300 m. na której leży Choquekirau. Droga jes piaszczysta, wije się bezkresnymi zygzakami wciąż wyżej. Konie wzniecają tumany kurzu. Każdy z nas narzuca sobie własne tempo marszu, dajemy się wyprzedzić karawanie bagaży i pakunków. Wkraczamy w obszar lasu deszczowego, od tej pory widok doliny Apurimacu będą przesłaniać nam coraz gęstsze warstwy bujnej, zielonej roślinności, rozpinającej się po obu stronach drogi, coraz częściej zrastającej się również nad naszymi głowami. Zielonym tunelem pniemy się coraz wyżej, zmęczenie powoli zwycięża nad ciekawością i nie rozglądając się na boki miarowo zestrajamy kroki w jeden rytm.

Jest już kilka godzin po południu, kiedy wychodzimy na odsłoniętą polanę. Dopiero z tego miejsca możemy właściwie docenić trud włożony w mozolne podchodzenie pod górę. Przed nami rozciąga się piękny widok na wijącą się daleko w dole strużkę Apurimacu, w odległych dolinach można dostrzec wioski i pojedyncze domostwa. Na sąsiednim zielonym wzgórzu niewyraźnie majaczą jakieś zabudowania. To właśnie tam leży Choquekirau, już tylko dwie do trzech godzin wędrówki.

Przeganiając tarasujące drogę bydło, zanurzając się ponownie w zieleń gęstego lasu, idziemy dalej, sunąc mozolnie krok za krokiem coraz wyżej, ku zagubionemu miastu. Wkrótce z poszycia leśnego wyłania się kamienny mur, ułożony niewątpliwie ludzką ręką. To fragment zarośniętego dziką roślinnością starego tarasu uprawnego, a jedncześnie znak, że jesteśmy już na terenie zagospodarowanym przez dawnych mieszkańców Choquekirau.

Kiedy nagle deszczowa dżungla urywa się jak ścięta nożem, naszym oczom ukazuje się niesamowity widok. Przed nami płasko rozciąga się oczyszczony z roślinności kamienny taras, nad nim wznosi się kolejny, a za nim coraz wyżej następne, przypominające gigantyczne schody pola służące niegdyś pod uprawę. Za nami spośród chmur wynurza się szczyt zaśnieżonego andyjskiego sześciotysięcznika błyszczącego nad zielonymi partiami niższych gór. Kimkolwiek byli pierwsi ludzie zasiedlający tą niedostępną okolicę, mieli nadzwyczajne upodobanie do piękna krajobrazu - trudno o bardziej malownicze i spektakularne miejsce w tej okolicy.

Pnąc się na kolejne tarasy dochodzimy do serca Choquekirau - kompleksu budynków świątynnych i mieszkalnych, wzniesionych na górskiej grani. Widać stąd białe zęby ponizszych tarasów oraz scieżkę kamiennych zabudowań sakralnych sięgających górującego nad kompleksem wzgórza. To właśnie na nim ulokowano wyrównany, otoczony niewysokim murkiem plac, przeznaczony do celebracji słońca, gór i dzikiej przyrody. Jest to idealne miejsce do obserwowania ruchu słońca za dnia i gwiazd w nocy, wciąż odczuwa się tu niemal namacalnie potęgę surowej andyjskiej przyrody krzyżującej się w jednym, doskonale obranym miejscu. Niebo i śnieżnobiałe góry ponad nami, rzeki, przepaście i doliny poniżej, kamienne konstrukcje doskonale wtopione w rysunek krajobrazu - to wszystko sprawia, że nie ma wątpliwości iż znaleźliśmy się w miejscu świętym, na przecięciu światów, w inkaskim sanktuarium. Kiedy nisko nad naszymi głowami przelatuje kondor - jedno z trzech najświętszych zwierząt w mitologii inkaskiej, niepodzielnie władającej nad obszarem nieba, powietrza i gór - magia chwili sięga zenitu.

Nieco poniżej, na jednym z tarasów znaduje się miejsce na nasze namioty i postój dla koni. Kiedy nad Choquekirau zapada zmrok, a my kładziemy się do snu, miejsce to staje się niemal przytulne. Z czterech stron otoczone, zdwałoby się na wyciągnęcie ręki, czernią masywów górskich, nad którymi błyszczy równie bliska plejada gwiazd. I tylko pamięć dnia przywodzi na myśl niewidoczną a mroku nocy przepaść ziejącą za występem skalnym, tuż poniżej nas.

<< poprzednia wiadomość następna wiadomość >>

<<< powrót do listy relacji

 



Wasze komentarze:

Trzy ekerany
MR
21.09.2006 13:22
Super sie z Wami podrozuje... choc na chwile czlowiek moze sie przeniesc tam gdzie w tej chwili chcialby postawic noge! Dzieki wielkie za pelne slonca i rosy opisy ;)
mee
28.06.2005 11:25
Jeste¶cie niesamowici! A mnie aż ciarki przechodz± jak sobie wyobrażam jakie tam s± widoki, takie góry to jest co¶. A dżungla Wam nie doskwierała (owady, wilgoć)? A co takiego gotował Wam kucharz? Jedli¶cie już peruwiański przysmak - ¶winkę morsk± a czy może spotkali¶cie się z czym¶ takim jak "czunio" (to podobno też się je wła¶nie w andyjskim Peru)?
Magda
27.06.2005 13:00
Buziaki Dominik.Musze przyznac,ze znow jestem pod wrazeniem...Interesujaca podroz,piekne zdjecia a przede wszystkim pelni pasji ludzie...Ta strona to swietny pomysl,Wy mozecie na biezaco dzielic sie swoimi wrazeniami,a wasi znajomi i bliscy moga choc w czesci uczestniczyc w tej wyprawie...Niecierpliwie czekam na relacje na zywo!Pozdrowionka dla Ciebie i pozostalych uczestnikow,trzymajcie sie,pa,pa...
Karolina M.
25.06.2005 14:00
Witaj Dominiku! Mam wrazenie, ze z dnia na dzien coraz mocniej przenika was tamtejszy swiat, co odczuwa sie na ogladanych zdjeciach - przemawia z nich magia i klimat zwiedzanych miejsc. Ostre szczyty otulone w delikatnej mgle, ogromna surowa przestrzen wciaga, zachwyca... i pozostawia usmiech na twarzy. Pozdrawiam serdecznie i zycze Wam duzo sily na pokonywanie kolejnych szlakow.
MarzenaH.
23.06.2005 23:05
Bidoniku, Słońce Ty moje serdecznie pozdrawiam, często my¶lę i czekam na zdjęcia :) Pozdrowienia dla pozostałych podróżników!
klykec
20.06.2005 15:33


Twój komentarz:


Twój podpis:

wyślij!>>>













WSPARCIE
EKSPEDYCJI Agencja Interaktywna DynaSoft - Tworzenie witryn internetowych, emarketing, pozycjonowanie w wyszukiwarkach, e-commerce
Hi Mountain
Outhorn
Amazon Trails Peru



SERWISY
PARTNERSKIE Warszawa Po Godzinach: Ranking najlepszych knajp i restauracji w Warszawie




WYPRAWA UCZESTNICY RELACJA GALERIA MAPA NEWSLETTER SPONSORZY LINKI
System Zarządzania Treścią DynaMap